Rafał Warzocha z Jackiem Jędrzejczakiem
Lipiec, 2012

RW: Czy w Pana zdjęciach kobieta jest bardziej medium, które pośredniczy w przekazywaniu autorskich refleksji, czy bardziej autonomicznym podmiotem, który jest ważny sam w sobie.  A może jest jednym i drugim? 

JJ: Może być dokładnie jednym i drugim – a czym w danej chwili, to zależy od czasu i sytuacji. Dzięki kobietom mogłem zagłębiać się metaforycznie w obszar naturalnych żywiołów (ogień, woda,niebo, ziemia), które kryją w sobie nieograniczoną  przestrzeń symboliczną. W ten sposób udało mi się dotknąć pewnych wartości uniwersalnych i ponadczasowych.  Zdarzały się też chwile,w których kobieta otwierała  przede mną  intymny świat własnych przeżyć.  W takich właśnie chwilach odkrywałem, że kobieca osobowość  kryje w sobie tyle subtelności, tyle niuansów, tyle pytań  o teraźniejszość, przeszłość i przyszłość, że sesje zdjęciowe czy filmowe są często jedynym sposobem, aby je odsłonić, zarejestrować i zrozumieć.  Tak więc  rola odgrywana przez kobietę zależy zdecydowanie od okresu twórczej aktywności oraz od wizji artysty. Zauważyłem też, że w miarę upływu czasu chęć kontemplowania  czystego, fizycznego piękna  zastępowana jest stopniowo pragnieniem zagłębiania się w bardziej intymną sferę doznań emocjonalnych. Na tym etapie kobieta staje się dla artysty medium w wymiarze uniwersalnym – dzięki niej można głębiej i subtelniej penetrować  naturę człowieka.  Moje artystyczne fascynacje  kobietami porównuję do doświadczeń z męskim portretem i męskim aktem,  które –  mimo, że okazały się bardzo pozytywne –  to jednak nie były tym samym.Moim zdaniem  kobieta jest istotą  absolutnie wyjątkową i można przy jej udziale wyrazić więcej, niż przez osobę mężczyzny.

RW: Czy to właśnie dlatego w cyklu „Ego” tłem dla kobiety przeglądającej się w lustrze jest także kobieta?  Dlaczego na żadnym zdjęciu jej partnerem nie jest mężczyzna?

JJ: Ideą cyklu „Ego” jest wyeksponowanie ludzkiego osamotnienia i konieczności ciągłego zmagania się z własnym wnętrzem.  Zatem w takich okolicznościach osoba mężczyzny po prostu nie jest potrzebna. Z tego samego względu między kobietą fotografowaną, a kobietą postawioną w tle zbudowany jest wyraźny dystans. To są dwa różne byty. Kobieta w dalszym planie działa  jak zwielokrotniony portret u Witkacego -każde odbicie to nowa maska i nowa osobowość. Przy okazji  odbicie w lustrze sygnalizuje  kolejny problem – nie mamy możliwości ucieczki, bo nasze ego podąża za nami jak cień i czasami pomaga, a czasami nas prześladuje. Chodziło mi tutaj o ukazanie pewnej uniwersalnej prawdy, że w życiu człowiek jest strasznie samotny. Temu służy także kompozycja  zdjęć na których kobieta razem z lustrzanym  odbiciem zostają uwięzione w przestrzeni ograniczonej bardzo małą głębią ostrości. Drugim ważnym powodem nieobecności mężczyzny jest aspekt erotyczny – za wszelką cenę pragnąłem uniknąć wszelkich aluzji dotyczących płci. Dlatego właśnie nagość nie ma tu podtekstu erotycznego, lecz uosabia ludzkie ego, które jest nagie i nieuzbrojone. Ciało kobiety nie eksponuje tu doznań zmysłowych, lecz sygnalizuje wejście w obszar najbardziej osobistych, intymnych relacji. 

RW: Jak Pan – na przykładzie projektu „Ego” właśnie – określa swoją pozycję artysty  względem modelki?  Kiedy kobieta na planie zdjęciowym pozwala zajrzeć w swoją duszę,  to jest Pan wtedy jej powiernikiem, który zanurza się wraz z nią coraz głębiej, czy też zdystansowanym analitykiem, który na chłodno monitoruje i rejestruje przebieg wypadków?

JJ:W tym momencie wchodzimy w  obszar metodyki  pracy. Otóż w znakomitej większości, kontakty artystyczne utrzymuję z osobami, które bardzo dobrze znam.     Ponadto bardzo lubię poznawać świat innych ludzi, więc kiedy zapraszam kogoś do współpracy, to sesji nigdy nie zaczynam od zdjęć, tylko od rozmowy. Staram się w ten sposób zajrzeć w duszę drugiej osoby i szukam płaszczyzny porozumienia. Zastanawiam się wtedy, w jakim stopniu ona mnie zaciekawia  i czy możemy zaprzyjaźnić się na poziomie mentalno – intelektualnym.. Dla mnie wyraźna nić  porozumienia jest absolutnie niezbędna do powstania fotografii. Takie podejście jest bliskie teatralnej metodzie Stanisławskiego, w myśl której aktor musi wejść w rolę w 100%  – z pełnym zaangażowaniem. Niektórzy ją negują podając argument, że takie podejście jest zabójcze, ponieważ niszczy ludzi.  Ale dla mnie bardzo ważne jest,aby się nawzajem polubić,  zintegrować i zainteresować, ponieważ tylko  wtedy  można wykreować  coś naprawdę wielkiego.

RW: W tym, co Pan powiedział dostrzegam jednak pewne niebezpieczeństwo. Każdą sesję poprzedza etap wzajemnego poznania, dzięki któremu wspólnie z modelką tworzy Pan klimat intymnego misterium,  pozwalającego  odkrywać – i fotografować – zupełnie nowe obszary. Tymczasem widz skonfrontowany ze zdjęciem  nie ma możliwości tak głębokiego poznania -podczas wernisażu musi  w ciągu kilku minut osiągnąć ten pułap refleksji , do którego Pan dochodził przez długie godziny. Co prawda Internet stwarza szansę na nieograniczony czas kontemplacji,  ale i tak nie daje możliwości dotknięcia duszy fotografowanej kobiety. Widz nie może także odtworzyć atmosfery chwili, która została uwieczniona na zdjęciu. Czy nie zachodzi więc obawa, że Pana prace – nawet tematycznie  ponadczasowe i uniwersalne – nie są zbyt intymne i osobiste, a przez to zbyt hermetyczne?

JJ: Istnieje takie niebezpieczeństwo, ale dlatego właśnie od wielu lat staram się być konsekwentny. Najpierw jest etap dogłębnego poznania się między mną, a osobą z którą robię zdjęcia, potem  przychodzi czas otwierania się na siebie i rozbudzania pasji tworzenia. Następnie szukamy wspólnego tematu, który nas inspiruje i interesuje. Kolejnym krokiem jest realizacja – czyli  gromadzenie materiału odzwierciedlającego główne ścieżki naszych poszukiwań. A wszystko w klimacie satysfakcji ze wzajemnego, głębokiego poznania i wspólnego tworzenia oraz z odnajdywania i dotykania tego, co  nas  fascynuje. Wzajemna współpraca i czerpanie radości z procesu tworzenia są filarami psychofotografii  – bo tak określam ideę kreatywnego współtworzenia. W kolejnym kroku wszystko biorę już na siebie – bo przecież obszar fotograficznego warsztatu  należy do mnie. Dokonuję więc  selekcji  materiału filmowego czy zdjęciowego, który odpowiednio obrabiam i montuję. Następnie decyduję się na konkretny efekt końcowy – czasami tylko jedno zdjęcie jest genialne, a czasami  materiał może przybrać formę wystawy, albumu,lub całego cyklu zdjęć.  Oczywiście osoby które fotografowałem  oglądają efekt finalny, choć może nie bezpośrednio po zdjęciach – bo staram się nie pokazywać próbek. Natomiast  czy końcowy efekt będzie satysfakcjonujący dla odbiorcy z zewnątrz i  czy będzie przez niego zrozumiany?  Tego nigdy nie da się przewidzieć.  I chyba w obszarze fotografii  artystycznej nie należy aż tak bardzo się tym zajmować.  Wydaje mi się, że jest pewnym błędem nastawianie się głównie na to, jak ktoś nas odbierze. Artysta przekazuje przecież swoją  autorską wizję świata i zawsze jest ryzyko, że nie będzie do końca zrozumiany. W moim przekonaniu najważniejszy jest fakt, że przekazuję pewną wewnętrzną prawdę o  sobie, o nas  oraz o chwili  w której razem coś współtworzyliśmy.Zarejestrowane  wrażenia mogą być tak intymne, że nigdy nie ujrzą światła dziennego. Może się także zdarzyć, że będą zrozumiałe tylko dla nas i tylko my je obejrzymy. W tym sensie będą to tylko nasze zdjęcia – czyli mojej modelki i moje. Jest to z resztą wpisane w istotę psychofotografii, o której mówiłem wcześniej – coś współtworzę,  coś się dzieje i coś z tego wynika. Co więcej, ja nie zakładam, że ma to być  ogólnie zrozumiałe. Akceptuję więc fakt, że90 % mojego archiwum nigdy pokazywane nie było i raczej nie będzie. Ostatnio zrobiłem na przykład kilka filmów, z których jestem bardzo zadowolony. Ale jednocześnie mam wątpliwości, czy ktoś będzie je jeszcze oglądał  i czy zrozumie ich przesłanie.  Jednak świadomość  takiego stanu rzeczy zupełnie mi nie przeszkadza – ja nie mam imperatywu, aby coś pokazywać za wszelką cenę. Moja fotografia jest intymna, autorska i bardzo osobista. Dla mnie akt tworzenia i dotykania prawdy jest zdecydowanie najważniejszy.