Magazyn FOTO (9/ 2011), a w nim ilustrowana fotografiami Jacka Jędrzejczaka rozmowa Artysty z Pawłem Staszakiem w serii Poznaj akt:

PS: W uproszczeniu – fotograficy aktu dzielą się na tych, którzy robią zdjęcia w studiu, oraz na tych, którzy zimują, czekając cały rok na ciepły sezon w plenerze. Do jakich fotografów Ty się zaliczasz? 

JJ: Zdecydowanie zaliczam się do grupy preferującej plener. Gdy nadchodzi wiosna i wiem, że zaraz otworzy się przede mną gigantyczne, dające tak wiele możliwości studio natury, czuję dreszcz emocji. Co roku niezmiennie jestem pełen oczekiwań. Mam swoje miejsca wokół Warszawy, pewne i ulubione. Zawsze mogę na nie liczyć i czerpię z tego pełnymi garściami.Gdy nadchodzi jesień, wiem, że nadszedł czas, aby przeprosić„starego, rzadko odwiedzanego przyjaciela” – odtąd studio odwiedzam praktycznie codziennie. Nie odczuwam już jednak takiej ekscytacji. Zmiana pór roku jest świetnym pretekstem i źródłem inspiracji dla powstawania nowych tematów.  

PS: Co jest największą wadą, a co największą zaletą aktów powstałych w plenerze w porównaniu ze zdjęciami tworzonymi w studiu? 

JJ: W studiu można wszystko zaplanować, szczególnie pod względem technicznym. W plenerze do końca nie wiemy, co nas czeka, to wyprawa w nieznane. Zdarzało mi się wielokrotnie, że jadąc na sesję w plenerze, zmieniałem, wydawałoby się gotowy, temat zdjęć czy narzędzia ich wykonywania. Warto mieć w samochodzie pojemną skrzynię na aparaty, obiektywy i inne akcesoria. Nigdy nie wiadomo, czy nie załamie się pogoda (a wraz z nią zasadniczy element, czyli światło); czy miejsce, które pamiętamy, się nie zmieniło (kiedyś zastałem na moim znakomitym leśnym planie ekipę drwali, którzy przez ostatni tydzień całkowicie go zmienili); nie wiadomo też, jak daleko musimy jechać i czy będzie to miało wpływ na samopoczucie członków ekipy…Zaletą studia jest przewidywalność, możliwość całkowitego skupienia na temacie, sterylnego wręcz odizolowania się od zbędnych bodźców. Plener to przede wszystkim większa możliwość improwizacji, poddania się intuicji i – chyba najważniejsza cecha – element zaskoczenia. Może on działać inspirująco, dawać świetne rezultaty, ale też nierzadko zepsuć sesję. Samodzielne poszukiwanie miejsca, dobrych warunków świetlnych, to bardzo emocjonująca część sesji w plenerze, zadanie i najprostsze, i najtrudniejsze. Wady mogą być zaletami i odwrotnie, wszystko zależy od osobowości i temperamentu fotografa.

PS: Jak sądzisz, skąd bierze się w fotografach potrzeba umiejscawiania roznegliżowanej modelki w środowisku zewnętrznym/naturalnym? Innymi słowy, co fotograf chce przez to osiągnąć? 

JJ: Hmm, to temat rzeka, otwierający wiele pytań. Sięgamy spraw elementarnych, i to wydaje się nie tylko wizualno-plastycznych, ale wręcz filozoficznych. To olbrzymia część historii malarstwa. Temat żywiołów, nieprzewidywalnych, ciągle nieodgadnionych, zawsze był obecny także w mojej twórczości. Natura, tajemnica, sens, człowiek… Nagi, bezbronny, pierwotny, prawdziwy, piękny… Naga kobieta w naturze to temat klasyczny, nawet banalny, ale nieprzemijający. To chęć powrotu każdego z nas do natury. Czy istnieje na to szansa? Czy z naszego „szybkiego świata”  możemy się wyrwać do wyidealizowanego, może nierealnego Piękna? Współpraca z modelką w plenerze spełnia pierwotne marzenia twórców o swobodzie pracy z dala od szumu cywilizacji, umożliwia ekspresję i daje szansę wyeksponowania jedynej w swoim rodzaju relacji między fotografem i modelką.  

PS: Wiadomo, że nie ma ciał idealnych. Studio to nieskończone ustawianie źródeł światła, a zarazem kształtowanie światłocienia, dzięki któremu można swobodnie odkrywać i zakrywać wybrane fragmenty ciała. W plenerze nie jest już tak prosto. Masz jedno słońce. Jak radzisz sobie ze światłocieniem? 

JJ: Ja to uwielbiam! Fascynują mnie ciągłe zagadki związane z korelacją między ekspozycją, ogniskową, głębią ostrości… Ilość rozwiązań w plenerze jest niebywała, nie sądzę, aby w studiu było ich więcej. Czasami w plenerze trafiam na układ światła, którego w studiu bym nie stworzył. Do tego dochodzi pora dnia – doświadczeni fotografowie wiedzą, że pewną tonalność świetlną można osiągnąć tylko wczesnym rankiem lub tuż przed zachodem słońca. Bardzo rzadko posiłkuję się w plenerze dodatkowymi „oświetlaczami” (flesze, blendy, itd.) To „jedno słońce” najczęściej mi wystarcza, buduje nastrój, swobodę i naturalny sposób zachowania. W swojej twórczości nigdy nie uciekałem od „cielesności” ciała – dla mnie ciekawe są wszelkie elementy i ślady wyjątkowości, życia i doświadczeń, które nosi każdy z nas. Nie ukrywam tych elementów, nie chowam ich w cieniu – nierzadko to one budują kadry, wokół nich i na nich koncentruje się moja, a co za tym idzie również odbiorcy, uwaga. Plener jest trudniejszy, zmienny, trzeba więcej poszukiwać, przemieszczać się, być bardziej otwartym na zaskoczenie i różne pułapki. Jednak praca w świetle zastanym pozwala improwizować i daje mi najwięcej satysfakcji. 

PS: Wyobraźmy sobie, że jesteś amatorem. Co zabierasz ze sobą w plener i co powinna zabrać modelka? 

JJ: Staż pracy nie ma wpływu na to, co zabieramy ze sobą w plener. Absolutne minimum zarówno profesjonalisty, jak i amatora to: 

– najprostsza chociażby lustrzanka, dająca przez dowolny dobór obiektywów nieograniczone możliwości kształtowania kadru i jego estetyki poprzez głębię ostrości;
– zapasowe baterie i karty pamięci, o ile sprzęt takowych wymaga;
– dwa obiektywy: w miarę jasny uniwersalny zoom oraz bardzo jasny, stałoogniskowy standard, np. 50 mm ze światłem f1.8;
– zależnie od zasobności portfela w miarę silny dedykowany flesz, lekki, ale stabilny statyw;
– napoje, w tym jeden gorący w termosie (pamiętam trudną sesję w bardzo upalny dzień, ale w zimnej rzece);
– okrycia dla modelki, aby mogła się błyskawicznie zasłonić (nieprzewidziani goście) lub ogrzać;
– jak największe blendy bądź płyty styropianu (bardzo tanie), od których można odbijać światło słoneczne lub sztuczne; tu przydaje się duży bagażnik w samochodzie; jeżeli nie mamy miejsca na styropian, należy rozważyć także kupno małego dyfuzora flesza, który zmiękczy zbyt agresywny błysk;
– dobry temat, atmosfera i współpraca.
– środek przeciw komarom.

 Wspomniałeś o kufrze z wielością sprzętu. To dźwigają ze sobą przede wszystkim zawodowcy, którzy utrzymują się z fotografii. Ponieważ plener to rozległe przestrzenie, jakich mocy lampy najlepiej wykorzystywać? I skąd, jeśli nie posiada się takiego sprzętu, je wziąć?

Oczywiście plener może być przedsięwzięciem technologicznie rozbudowanym do granic możliwości, przypominającym plan filmowy. Jednak to już zaawansowana fotografia, jeden kufer w jednym aucie nie wystarcza. Szczęśliwie, prostsze rozwiązanie też daje wiele satysfakcji. Jeżeli jesteśmy zdecydowani co, gdzie, kiedy i jak chcemy fotografować, możemy skorzystać z wypożyczalni, których jest coraz więcej i które proponują coraz bardziej przystępne ceny.

Jednak podkreślam, nie technologia jest tu najważniejsza, a relacja między fotografem i postacią przed obiektywem. Istotna jest temperatura relacji między mną i osobami, z którymi współpracuję. Klimat sesji, komfort, zaufanie, wzajemne zrozumienie są absolutnie konieczne. Wtedy nawet niewygoda czy konflikt stają się sprzymierzeńcami końcowego sukcesu. Braku tego „ludzkiego” elementu nie zatuszuje najlepszy nawet sprzęt.

PS: Załóżmy, że fotografujemy w miejscu o dobrej ekspozycji słonecznej. Czy mimo tego warto wspomóc się innymi źródłami światła?

JJ: Cała przyjemność fotografii aktu w plenerze tkwi w poszukiwaniu miejsc o optymalnej, najbardziej interesującej plastyczności oświetlenia zastanego. Jeżeli chodzi o dodatki to maximum, które ja sam stosuję w pracy w terenie, to najwyżej dwie płyty styropianowe odbijające światło i niewielki flesz z dyfuzorem. Rzadko po nie sięgam, przydają mi się w sytuacjach nietypowych czy eksperymentalnych. Wydaje mi się, że jest to całkowicie wystarczający zestaw elementów do wykonania spektakularnego aktu w plenerze. Najważniejszy jest pomysł, dostrzeżenie okazji i jej wykorzystanie.

PS: Czy sądzisz, że w polskiej świadomości natura odgrywa ważniejszą rolę niż studio? Władysław Pawelec, klasyk polskiego aktu, tworzył zdjęcia studyjne, niemalże akademickie, które jednak zostały wyparte przez jego późniejsze ujęcia plenerowe – także w opinii odbiorców jego fotografii.

JJ: Władysław Pawelec był w swoim czasie postacią wyjątkową. Jego zdjęcia plenerowe, szczególnie ze słynnego cyklu “Monika”, wywołały w naszym kraju nie lada skandal. Były to pierwsze próby pokazania aktu artystycznego szerszej publiczności, jak na owe czasy w sposób wielce odważny. Po okresie fascynacji plenerem powrócił jednak do studia, gdzie do końca swego życia tworzył klasyczne, specyficzne dla siebie studyjne akty.

Na pewno romantyczna natura człowieka każe zachwycać się piękną kobietą w leśnej głuszy. Nie wydaje mi się jednak, aby wrażliwość fotograficzna związana z aktem była jakkolwiek powiązana z narodowością. Można oczywiście potraktować to z lekkim przymróżeniem oka, interpretując polskie gusta sarmackimi tradycjami czy arystokratycznymi tęsknotami. Jednak jest to chyba po prostu podyktowane potrzebą kontaktu z naturą, poszukiwaniem piękna w sprawach najprostszych, a najwspanialszych. Nie bez znaczenia jest tutaj także jeszcze jeden czynnik – wzrastająca świadomość ingerencji w obraz. Być może jesteśmy bardziej skłonni uwierzyć, że fotografia plenerowa jest tą “prawdziwą”, podczas gdy studyjną jesteśmy bardziej skłonni uznać za “sztuczną” i “udawaną”.